Czy stać Cię na bycie nielegalnym?

Opublikowano: Opublikowane w

Parę dni temu kolega chcący zareklamować swoje wydawnictwo zapytał mnie, co bardziej opłaci się – korzystać z usługi legalnej wysyłki e-mailingów, czy kupić bazę “za parę złotych”. Dla małej firmy każda złotówka jest cenna, więc może warto ryzykować?

Co jest tańsze, to wydaje się oczywiste. Sto tysięcy (a nawet kilka razy więcej) adresów “zharvestowane” (zebrane) ze stron www możemy kupić już poniżej 100 złotych. Do tego wysyłanie wiadomości przez system, którego administracja przymyka oko na spamerkę ok. 400 zł co daje łącznie 500 zł.
Alternatywą jest skorzystanie z usług firm zarządzających legalnymi bazami danych. Firmy budują zgodnie z prawem własne bazy subskrybentów, np. wokół własnego produktu lub usługi (portale tematyczne, darmowa poczta elektroniczna, etc.). Najczęściej są to małe lub średnie bazy często mocno sprofilowane. Właściciele adresów wyrazili zgody na otrzymywanie informacji handlowych drogą elektroniczną np. podczas rejestracji na forum internetowym. Na rynku działają firmy, które integrują takie bazy, dzięki czemu mamy dostęp do dużej grupy docelowej i unikamy zduplikowanych wysyłek na ten sam adres. Tutaj jednak usługa będzie kosztowała przynajmniej 1500 zł.
Niestety na rynku istnieją również nieuczciwe firmy, które wysyłają e-maile bez zgody odbiorcy. Sprzedają swoją usługę jako “w pełni legalną”, a tak naprawdę są zwykłymi spamerami. Zazwyczaj ich usługi są 20-30% tańsze niż legalne wysyłki, co nie wzbudza podejrzeń zamawiającego.
Jak można było się domyśleć, bycie legalnym jest najdroższe, ale czy najmniej opłacalne? O aspektach prawnych czy o problemach postrzegania samej marki można by wiele pisać (i też jako Fundacja sporo mówimy). Chciałbym napisać o namacalnych, ale trudnych do uchwycenia konsekwencjach takich jak “wypalenie marki” w zakresie dostarczalności.
Większość odbiorczych systemów pocztowych stosuje różne filtry antyspamowe. Analizowane są różne elementy wiadomości, m.in. reputacja IP serwera źródłowego, adresy nadawcy, treść wiadomości (słowa kluczowe, adresy linków, etc.). Niektóre systemy pocztowe (np. Gmail) pozwalają odbiorcy na samodzielne klasyfikowanie wiadomości jako spam. Jeżeli wiele osób oznaczy przesłaną wiadomość jako spam, system przeanalizuje jej zawartość i nauczy się, jak w przyszłości rozpoznawać spam automatycznie.
Ostatnio spotkaliśmy się z takim właśnie przykładem. Jeden z największych banków działających w Polsce rozpoczął całkiem świeżą e-mailową kampanię reklamową. Wysyłka została wykonana do legalnej bazy adresowej. Wyniki (klikalność) były bardzo dobre. Ktoś (marketingowiec banku?) zachęcony takim sukcesem postanowił go pomnożyć. Zakupił wysyłki e-mailingów do “nie do końca legalnych” (eufemizm) baz. Miesiąc później ruszyła kolejna kampania tego banku. Ponownie do legalnej bazy. Tym razem wyniki były tragiczne. Firma dokonująca wysyłki musiała tłumaczyć się, ?co zepsuła?. Faktycznie, po testowym powtórzeniu wysyłki na wybrane adresy, wiadomość trafia do spamu. Po dokładnym sprawdzeniu adresów IP z których wychodziła wysyłka i porównaniu z innymi kampaniami, oczywistym było, że nie jest to problem serwerów wysyłkowych. Przeprowadzenie testów związanych z treścią wiadomości pokazało, że właśnie tutaj należy szukać źródła problemu. Komunikat systemu pocztowego: “Dlaczego ta wiadomość jest w Spamie? Bo jest podobna do wiadomości wykrytych przez nasze filtry spamu” sugerował, że to właściwy trop. Po modyfikacjach treści, teza została potwierdzona. Filtry antyspamowe szybko nauczyły się nazwy banku i pewnie jeszcze długo będą ją pamiętać. A bank? Pewnie będzie słał jeszcze więcej i agresywniej, żeby wycisnąć tyle, ile miał zamiar, z odbiorców.
A wystarczyło oszczędzić pieniądze i nie kupować usług od spamerów…

TK

udostępnij ten wpis: